Gdy szycie wypełnia życie - rozmowa z Darią Teus


Maszyna do szycia towarzyszyła jej od najmłodszych lat. Początkowo wystarczała jej rola obserwatorki, modelki. Z czasem zapragnęła więcej. Jak to Daria. Przez wiele lat uczyła się oraz zdobywała doświadczenie, aby teraz pokazywać innym, że warto w dzisiejszych czasach doceniać handmade i postawić na swoją kreatywność. Jej uśmiech i osobowość przyciąga jak magnes kolejne pokolenia, które przy herbacie i małym "ciasteczku" zasiadają wspólnie w pracowni, aby dowiedzieć się "Jak szyć?".


Miłość do maszyny do szycia zrodziła się w Twoim rodzinny domu. Zdradź nam proszę, które z rodziców Ciebie zachęcało do tego fachu i jak to się przejawiało.

Szyciem zaraził mnie tata. Pochodzę z takiego domu, w którym jeżeli można było zrobić coś samemu, to na pewno się tego nie kupowało. Nawet nie ze względów finansowych, a tak naprawdę ideologicznych. Bo jeśli można zrobić własnoręcznie, to po co kupować? Druga strona medalu jest taka, że w czasach mojego dzieciństwa w sklepach prawie nic nie było. Dzięki tacie miałyśmy z siostrą i mamą piękne sukienki. Więc był to pewien luksus. Mama z kolei haftowała serwety i wyszywała wełną obrazy. Tak więc predyspozycje do zadań manualnych mam we krwi.


Szycie na tyle Ci się spodobało, że po skończeniu szkoły podstawowej, ruszyłaś do toruńskiego Zespołu Szkół Odzieżowych. Jakie były Twoje pierwsze wrażenia? Od razu czułaś, że jest to zawód, który chcesz wykonywać?

Pierwsze wrażenia? Nie powinno się chyba źle mówić o swojej szkole...? (śmiech) Jeżeli weżniesz pod lupę szkoły zawodowe, to zauważysz, że w naszym kraju ogólnie jest problem. Podczas nauki w Zespole Szkół Odzieżowych bardzo lubiłam rysunek, materiałoznawstwo oraz konstrukcję. I rozumiem fakt, że trzeba przerobić budowę maszyn i inne podobne zagadnienia teoretyczne. Ale gdyby było więcej zajęć z projektowania, szycia na miarę np. własnych projektów - byłaby to szkoła idealna. Oczywiście mieliśmy to w programie, ale moim zdaniem za mało. To była szkoła przygotowująca do pracy w zakładzie krawieckim czy planowania produkcji. Na praktykach szyłyśmy głównie odzież roboczą lub pokrowce z flaneli na termofory... O kreatywności nie było mowy. Niestety, skutecznie zniechęcało to do szkoły czy samej pracy w zawodzie. Myślę, że ta nauka mogłaby wyglądać zupełnie inaczej.


Jakie były Twoje kolejne kroki po skończeniu szkoły?

Oczywiście poszłam do pracy. Pierwszy zakład, w którym testowałam swoje umiejętności, mieścił się w okolicach ulicy Bema, w Toruniu. Odszywano tam kostiumy oraz sukienki z pięknych tkanin. Często z grubych i mięsistych żakardów. Pomyślałam sobie, że będzie to idealne miejsce do szlifowania krawiectwa. I mam z tego miejsca pierwsze świadectwo pracy (za okres niespełna miesiąca). Poznałam tam świetnego fachowca, jak dla mnie mistrza kroju. Niestety miałam tam jedynie odszywać rękawy. Gdybym tam została, odszywałabym je przez kolejne pięć lat. A ja chciałam czegoś więcej...

Kiedy zdecydowałaś się na własną działalność gospodarczą?

Dopiero kiedy pojawiły się dzieci. Niestety. Uważam, że gdybym zrobiła to wcześniej, przeznaczałabym dla firmy więcej czasu. I nie miałabym takich wyrzutów sumienia. Z drugiej strony myślę sobie, że może tak miało być. To właśnie pojawienie się dzieci jest dla wielu kobiet motorem do działania. Tak było i w moim przypadku.

Jakie miałaś największe obawy przed otwarciem własnej firmy?

Cóż, w moim przypadku za dużo ich nie miałam. Bo nie miałam o niczym zielonego pojęcia. Nie skończyłam marketingu czy zarządzania. Robiłam wszystko na wyczucie - raz lepiej, raz z wielką klapą. Teraz już wiem czego się bać, co zrobiłam źle, co mogłam zrobić zupełnie inaczej. To przychdzi z czasem.

Twoja oferta pęka w szwach od propozycji kursów szycia - skąd pomysł, że torunianki będą miały ochotę zasiąść do maszyny i szukać odpowiedzi na pytanie "Jak szyć?"

Fajnie jest zrobić coś samemu. Po prostu. Poza tym myślę, że mamy dość "jakości" sieciówek. I że lepiej zamiast biegać po galerii handlowej, poświęcić czas na pracę z maszyną do szycia. Nie dość, że mamy coś wyjątkowego, zyskujemy jeszcze satysfakcję z własnoręcznej pracy.

Do szycia zachęcasz nie tylko dorosłych, aktywizujesz również dzieci. Praca z młodszym pokoleniem z pewnością wymaga innego podejścia. Jakie masz sposoby, aby ich zaciekawić?

Dzieci są bardzo twórcze. Wystarczy pokazać obsługę maszyny do szycia, nie narzucać swoich rozwiązań, a dać im wolność w tworzeniu i masz zaangażowaną grupę pełną pomysłów. Przy okazji można przemycić informacje o trudnych warunkach w szwalniach, szacunku do rzeczy i czyjejś pracy. Często dopiero, kiedy moje kursantki same uszyją np. worek na plecy czy bluzę, są w stanie to docenić. Pojawia się też refleksja, czy "must have" tego sezonu, który lansują galerie handlowe, jest mi rzeczywiście niezbędny i czy naprawdę bez niego nie przeżyję? Taka wartość dodana naszych spotkań (śmiech).

Na kursie się nie kończy. Wspierasz uczestniczki swoich szkoleń i śledzisz ich losy w specjalnie założonej Facebooku grupie pod nazwą "Toruń szyje". Co czujesz, gdy patrzysz na prace swoich uczniów?

Dumę. Chociaż na grupie ostatnio mnie nie ma. Zerkam czasem na zdjęcia. I mimo tego, że krawieckich grup jest bardzo dużo cieszę się, że nasza tętni życiem. A inspiracji w niej nie brakuje.

Nie boisz się, że zarażanie miłością do szycia może przynieść Ci więcej konkurencji na toruńskim rynku?

Prawie 20 lat temu przekroczyłam progi szkoły odzieżowej i szyłam już najbardziej zwariowane projekty. Zabrzmi bardzo źle i zbyt pewnie, gdy powiem, że się nie boję? Mało tego - sama namawiam dziewczyny do zakupu maszyn i zakładania działalności. Tak jak mogę pomagam im też przy otrzymaniu dotacji. Oczywiście, zawsze jest taki mały ukryty strach: "A co jeżeli Toruń rzeczywiście jest za mały?". Ale on jest krótkotrwały. To bardzo dobrze, że jest nas więcej. Dlaczego? Oznacza to, że rynek się zmienia. Dobrze, jeśli wszyscy działamy fair. A jeśli w szarej strefie? Myślę sobie "Trudno". Każdy ma swoje sumienie. Podczas warsztatów jestem nauczycielem, dzielę się wiedzą i staram się jak najlepiej nauczyć. Nie tylko szycia, ale i etyki w tym biznesie. To, jak każdy potraktuje otrzymane informacje, to jego indywidualna sprawa.

Pod marką "Pracownia Artystyczna Uszyjmisie" tworzysz od 3 lat. Jak na przestrzeni tych lat zmieniło się Twoje podejście do biznesu?

Tak, działamy już ponad 3 lata. Po pierwsze to ciężka praca, pełna wyrzeczeń. Już nie patrzę na prowadzące działalność "panie swojego życia" z zazdrością, ale ze zrozumieniem. I nie myślę, że im się udało, bo miały szczęście. Tylko, że na to zapracowały. A przed jakimi trudnościami, Twoim zdaniem, stają początkujący przedsiębiorcy?

Ja miałam trudności ze zorganizowaniem się w pracy. W ogóle z organizacją czasu. Ogólnie jestem raczej typem roztrzepanej, wiecznie-nie-wiedzącej-gdzie-są-klucze-i-telefon, pędzącej kobiety. Poza tym, trzeba być wszechstronnym. Wiedza jak uszyć poduszkę nie wystarczy. Do prowadzenia każdej firmy potrzeba wiedzy z marketingu, ekonomii, zarządzania (choćby sobą), planowania i przewidywania. Przyda się też wytrwałość! W ilości hurtowej...

Jakie były Twoje największe wyzwania w całym okresie prowadzenia własnej działalności?

Jeśli chodzi o krawiectwo, był to strój pchły. Kiedyś, zanim się zastanowiłam, zgodziłam się uszyć pchłę dla toruńskiego Urzędu Miasta. To było wyzwanie (śmiech). Jeżeli chodzi o samo prowadzenie firmy, bardzo bałam się zmiany lokalizacji na pracownię więszą, a co za tym idzie, droższą w utrzymaniu. Miałam wątpliwości, czy podołam finansowo. Ale dałam radę. Aktualnie chciałabym zatrudniać na stałe pracownika. To jest teraz moje wyzwanie i z nim się mierzę.

Czy miałaś momenty, że chciałaś zostawić ten biznes i szukać pracy na etacie?

Mam tak średnio raz w miesiącu (śmiech).

Znając Ciebie domyślam się, że planów na rozwój masz tyle, ile różnorodnych materiałów w pracowni. W jakim kierunku będzie w najbliższym czasie szła Pracownia Artystyczna Uszyjmisie? Którą część swojej działalności chcesz szczególnie rozwijać?

Chciałabym rozwinąć sklep. Marzę, aby stworzyć własną markę ubrań dla kobiet. Uzupełnić wieszaki wełnianymi płaszczami z kaszmirem, rozkloszowanymi spódnicami i jedwabnymi bluzkami... Może jakaś kolekcja na 40. urodziny? To byłoby coś!


Absolutnie piszę się na to, jako klientka! I myślę, że nie tylko we mnie wzbudziłaś zainteresowanie. Znając Darię mogę śmiało powiedzieć, że jak się uprze, to już nie ma odwrotu. Życzę Ci więc wytrwałości i kolejnych wyzwań, bo widać, że dzięki nim niesamowicie się rozwijasz!


Powodzenia!

FOLLOW ME

  • Black Facebook Icon
  • Black Instagram Icon

STAY UPDATED

POPULAR POSTS

TAGS